ASR Valencia 2014 (part II)


AUTOSTOPRACE: zwiedzanie (part 2)

W SKRÓCIE: MEGA POZYTYWNI LUDZIE, ŚWIETNE MIEJSCE, FANTASTYCZNA ATMOSFERA I NIEZIEMSKIE WIDOCZKI.


Po dniu spędzonym na plaży i na leżakowaniu, głównie odpoczynku, po poznaniu sąsiadów, następnego ranka wybraliśmy się pielgrzymką do Puçol, na pociąg, którym dotarliśmy do pięknej Walencji. Na samą stacje szło się i szło, tak z godzinę, mijając po drodze plantacje pomarańczy i mandarynek. Oczywiście, że musieliśmy kilku spróbować! Jakimś cudem zmieściliśmy się do pociągu w większości i dotarliśmy na miejsce, gdzie już każdy zwiedzał na własną rękę. Na samym początku spotkałyśmy dziewczyny z medycznej, które pozdrawiam serdecznie, z którymi razem kontynuowaliśmy zwiedzanie.







Bartek z mandarynkami.



UKRADZIONA.





 Było z 30 stopni. Zaczęliśmy od punktu informacyjnego i od zdobycia map. Potem przystanek pierwszy za 50 metrów i już foty. Widząc tak piękne ulice, architekturę i zadbane ulice nie można przejść nie zatrzymując się. Mnóstwo malarzy, grajków, artystów na ulicach.















Piękna fontanna.











Dużo też Hiszpanów przemieszcza się po mieście skuterami, są nawet specjalne parkingi dla nich.










Pewnie już wspominałam, że praktycznie wcale nie mówią po angielsku, na szczęście jakoś sobie poradziliśmy. Co do graffiti, jest tego wszędzie mnóstwo. Większa ich część mega mi się podobała i musiała naturalnie zostać uchwycona.





Świeże owoce zakupione w Mercado Central, czyli w wielkiej hali targowej z różnorodnymi produktami spożywczymi.









Potem zwiedzanie pięknych uliczek, wręcz magicznych czyli to co lubię najbardziej. W Hiszpanii popularne są bary tapas, które trudno było znaleźć. Tubylcy w barach nie jedzą tego co przyjezdni, mają po dziurki w uszach tego samego na co dzień. To również utrudniło nam poszukiwania. Głodni w końcu postanowiliśmy iść na kurczaka, ostateczna ostateczność. Odpoczęliśmy i ruszyliśmy dalej, spotykając oczywiście jeszcze mnóstwo naszych ASRowiczów po drodze.



Plaza de Toros de Valencia.









Na samym końcu dotarliśmy do jednego z piękniejszych miejsc, które do tej pory widziałam. Było to La Ciudad de las Artes y las Ciéncias czyli Miasteczko Sztuki i Nauki. Zaprojektowane budynki zostały przez Santiago Caltrava. W miasteczku tym znajduje się muzeum, oceanarium, delfinarium i kino. Na pierwszy rzut oka może kojarzyć się trochę z operą w Sydney. Jest to cały kompleks kulturowy. Niestety nie udało nam się wejść nigdzie do środka, bo po pierwsze primo to hajs by się nie zgadzał a drugie primo to czas, którego nie mieliśmy zbyt wiele. Powinno poświęcić cały dzień na takie zwiedzano tych wszystkich atrakcji. Pod koniec dnia wracając zahaczyliśmy o hiszpańską biedronkę i kupiliśmy między innymi San Miguela za 65 centów – nie wiem czy widziałam tańszą i równie dobrą litową cervezę i to jeszcze w szklanej butelce











Spektakularne widoczki.



Symetria.











Takie tam z Maxem.



Z Pucol nie mając siły już po całodniowym chodzeniu na spontanie złapaliśmy stopa. Zatrzymał się Hiszpan, który miał koło 23 lat i studiował pielęgniarstwo, sth like that. Powiedział, że musi tylko nakarmić konia i nas odwiezie, zachichotając wsiedliśmy i pojechaliśmy. Chyba najciekawszy nasz stop. Tubylec opowiadał że władze miasteczka, w którym mieliśmy kemping poprosiły na fejsbuku żeby pomagać autostopowiczom, żeby ułatwi im dojazd na miejsce. Miło z ich strony. 





Natalia z amstelem.



Wieczorem wyczekiwany koncert Goorala i przygód kilka czyli zgubiony aparat, lej, odnaleziony aparat, baunsy, selfiki i inne takie takie. Niesamowity klimat, koncert specjalnie dla nas, super uczucie. Muzyka była idealna, nawet się wkręciłam.



Pozdrowienia dla Izy.



GOORALA widać na pierwszym planie.



Selfiki muszą być!











Check point i biuro rzezy znalezionych. 



‚Trochę zabrudziliśmy, ale po co sprzątać? Lepiej zrobić sobie zdjęcie z tym całym syfem.’







Wszyscy w pełnym składzie w kolejce po amu.





Taki tam niczego sobie zachód słońca.





Pyszna paella.



Z kowboję Filipę.





Po znalezieniu aparatu. Pozdrawiam kolegę.







Powrót autokarem koło 30 godzin. Czas niestety naglił, więc trzeba było wracać. W sumie spędziliśmy tam 4 dni.





Kolejna porcja krajobrazów zza szyby autokaru.




2 Comments

  1. Pingback: 7 PORAD NIEZBĘDNYCH NA AUTOSTOPRACE 2017 – Kate Traveller – Blog o tematyce podróżniczej

  2. Pingback: 7 porad niezbędnych na Auto Stop Race 2017 - Kate Traveller - Blog podróżniczy ✈

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *