Chalkidiki ASR 2015

25 kwietnia po raz drugi ruszyliśmy na AutoStopRace, tym razem większą ekipą, bo radiową. Tym razem na grecki półwysep Chalcydycki. Trasa w jedną stronę liczyła ok. 2100 km, czyli trochę mniej niż do zeszłorocznej Walencji.
Wybiła godzina 9:00, startujemy. Pojechaliśmy na Opolską  i pierwszy stop był na Brzeg – najważniejsze, żeby poruszać się do przodu. Zabrał nas Przemek, student zaoczny UE, swój człowiek. Potem niespodziewanie zatrzymała się para w kabriolecie, nawet się nie zastanawialiśmy i wsiedliśmy.
 
Pojechaliśmy do Opola. Tutaj niestety musieliśmy trochę poczekać, bo mało co jeździło na Kraków. Złapaliśmy pewną dziennikarkę tygodnika niedzielnego, która słuchała pieśni kościelnych która zabrała nas do Krapkowic. To była bardzo interesująca podróż. Robiło się coraz bardziej upalnie jak na kwietniowy dzień.
W tak zwanym międzyczasie spotkaliśmy Sebe z kumplem, zrobiłam zdjęcie przy zachodzie słońca i poszliśmy dalej.
Zanim dotarliśmy na miejsce ze zdjęcia powyżej, mieliśmy jeszcze trzy stopy. Do Katowic dostaliśmy się z panem dresem, który zachęcał nas żebyśmy poczytali sobie żarty o Sosnowcu. W Katowicach nie czekaliśmy dłużej niż minutę, bo już czekał na nas transport do Krakowa. Wsiedliśmy do wypasionej fury, kierowcą był Amerykanin, trochę kaleczący po polsku. Towarzyszyła mu chyba jego dziewczyna. Ogólnie dali nam chipsy z wołowiny, taką przekąskę, mega znana w Stanach. Prowadzą firmę właśnie i chcieli żebyśmy spróbowali i zrobili sobie fote na konkurs z tym opakowaniem. Na dole będzie fotą tych dziwnych w smaku chipsów. Ostatnim autem, które nas podwiozło, prowadził pan, który co chwilę dzwonił po znajomych, którędy będzie nam lepiej jechać do Grecji. Mega pozytywny. Namiot rozbiliśmy w Rabce Zdrój, gdzie spotkaliśmy jeszcze dwóch niebieskich, pozdrowienia dla Grzenia i Docia #504. Wspólnie w czwórkę spędziliśmy noc na posesji pewnego tubylca. To była chłodna noc.
Dzień drugi, niestety jeszcze w Polsce. Tuż przed godziną szóstą była pobudka i poszliśmy na pobliski przystanek, dalej łapać stopa.
 
Nie musieliśmy długo czekać. Zatrzymała się pewna narciarka, która jechała na Słowację sobie pozjeżdżać. Zabrała naszą czwórkę do miejscowości Podbiel. Po kilkunastu minutach zatrzymała się polska rodzinka jadąca do Austrii. Zabrali nas do Dolnego Kubina.
 

Nie chcieliśmy jechać do Wiednia, ponieważ nie mieliśmy tego w planach.

 
Zatrzymaliśmy się na takim bezludnym zajeżdzie z możliwością napicia się alkoholu, nie było tam nawet hot-dogów! Nikt nie chciał się tam zatrzymać, temperatura ciągle rosła. Nagle nadjechało auto, dosyć duże i wysiadają nasi, niebiescy. Powiedzieliśmy że nie warto i spakowaliśmy się z nimi na najbliższą stację benzynową. Tam ASRowiczów było już 4 pary. Rywalizacja dopiero się zaczynała. Walka o auta. Dużo kierowców tutejszych, małe szanse na wydostanie się z tej wiochy. Na szczęście podeszłam do pewnego Słowaka, który ładnie mówił po angielsku i spytałam czy nie jedzie przypadkiem na Zvolen. Odpowiedź była pozytywna. Zatankował i spakowaliśmy się i zabrał nas w ponad godzinną podróż po zielonych terenach. Auto miał nienaturalnie osłonięte. Okazało się że jest testerem aut KIA. Fajna praca w sumie.

Tak wyglądała nasza pierwsza część trasy.

 
Wysadził nas tutaj, gdzie spotkaliśmy dwóch niebieskich Mikołajów. Była godzina w okolicach 16:00. Piękne widoki. Koczowaliśmy tam kilka godzin, ponieważ  była niedziela, co oznaczało, że większość tirów jeszcze śpi.

#styrana

 Zaczęło padać. Ale co dziwnego zauważyliśmy na Słowacji to to, że kierowcy co chwilę, na każdej stacji myją szyby swoich samochodów. Nawet jak pada deszcz. Chyba muszą mieć jakiś zapis w prawie, serio. Koło 17:00 zrobiliśmy wywiad na stacji który tir ma jakie blachy i gdzie jedzie. O 22:00 byliśmy umówieni na podróż do Timisoar. Kierowca nazywał się Arbi i był Węgrem.
 
Jechaliśmy w nocy, więc nie musieliśmy marznąć pod namiotem tylko spaliśmy na wygodnej kuszetce. Wjechaliśmy do pięknej Rumunii. Dodaliśmy jedną godzinę do swoich zegarków.

 
Arbi wysadził nas na tranzycie do Bułgarii. W ciągu 10 minut złapaliśmy pewnego Sashę, Bułgara-tirowca, który zabrał nas do Montany, jechaliśmy z nim kilka godzin. Był rozmowny i z dużym poczuciem humoru.
 
 
 
Sasha
 
Mówił trochę w swoim języku, my i tak go rozumieliśmy. Natomiast on nas zdecydowanie bardziej. Co chwilę mówił KATASTROFIAAA jak nie mógł przyspieszyć albo CIAMCIARAPCIAM na Rumunów-oszustów.
 
Sasha wysadził nas na jakimś pustkowiu w Montanie, w Bułgarii. Tutaj kupiliśmy sobie smaczny ciepły posiłek z napojem – hot-doga + cola. Podczas podróży na tą stację mogliśmy zaobserwować biedę jaka tam panuje. Praktycznie domy stoją bez okien, często też bez drzwi. Wszędzie wisiało pranie, suszyło się. Te domy wyglądały na niestabilne. Mieszkańcy wiosek, posiadający swoje pola uprane i trochę zwierząt, czas spędzali na powietrzu. Nie mogłabym nie wspomnieć o drogach. My, Polacy narzekamy – nie powinniśmy. Tam jedzie się max 40-50 km/h, bo fizycznie się nie da szybciej. A co dopiero potężny tir.
 
W Montanie spotkaliśmy jeszcze dwie pary ASRowiczów. Czekaliśmy maksymalnie 45 minut i podjechał stary Ford z wgniecionym dachem. W środku wyłożony kocami. Za kierownicą siedział Dziaduszko i jego żona Babuszka z chustą na głowie i spódnicą po kostki. Nawet nic nie mówiąc wyskoczyli z auta, żebyśmy mogli wsiąść. Byli mało rozmowni, ponieważ znali bardzo mało angielski. My natomiast nie znaju bułgarskiego. Troche po polsku nas rozumieli.

Jechaliśmy samymi serpentynami między górami. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy źródle, żeby napełnić wodę. Tam jeszcze gdzieniegdzie był nawet śnieg! Pojechaliśmy dalej. Ta urocza starsza para jadła jakieś chlebopodobne placki z oliwą. Zaproponowałam pasztet, odmówili. Byli bardzo ubodzy. Dziwili się dlaczego nie polecieliśmy samolotem do tej Grecji, skoro mamy komórki z internetem i jesteśmy tacy obcykani.
 
 
Trudno było wytłumaczyć, że to przygoda itp. Zaczęło się robić ciemno i zimno i deszcz zaczął padać. Zatrzymaliśmy się i spytali czy nie chcemy przenocować w aucie. W sumie dobra opcja ponieważ stopa nie złapiemy o 21:00 a może zaraz być burza. Zostaliśmy w środku. Poszliśmy spać. Po kilku godzinach, była jakaś 2 w nocy, podeszli policjanci pukając głośno w szybę i powiedzieli, że nie można tu stać, ponieważ jest niebezpiecznie i pojechaliśmy skryć się kilometr dalej. To był jeden z dziwniejszych noclegów w moim życiu. Budziliśmy się co godzinę albo pół, ponieważ albo Babuszka albo Dziaduszko chodzili do bagażnika i coś porządkowali, albo sprawdzali czy wszystko jest.
 
Z tego co mogliśmy zobaczyć, to były tam trzy torby ciuchów. Nic poza tym. Doszliśmy do wniosku, że albo emigrują albo jadą po koce do Turcji, bo dobrze się sprzedają.
Dzień trzeci. Jak już wstaliśmy, pożegnaliśmy się i dostaliśmy modlitwę na dwie strony jako błogosławieństwo. Podziękowaliśmy i poszliśmy łapać kolejnego stopa.
 
Potem złapaliśmy dwa króciótkie stopy-podjazdy ze strasznymi palaczami i fajną grecką muzyką z 20 letnich głośników. Ostatnim, piętnastym stopem była para, którą złapaliśmy w sumie przypadkowo. Ja trzymałam tabliczkę z napisem Greece, nie sądziłam, że za Sofiją ktoś będzie jechał do Grecji. A tym bardziej na półwysep Chalchidycki! Szczęście, mieliśmy go sporo. Para, czyli: Jamajka Man aka Borat z Rumunii oraz jego dziewczyna inżynierka ds. oświetlenia metra z Anglii. Wbrew pozorom byli bardzo religijni. Rozmawialiśmy całkowicie po angielsku. Dowiedzieliśmy się czemu akurat jadą na Chalkidiki. Okazało się, że na majowy wypad. Z nimi przekroczyliśmy grecką granicę. Sprawdzili nasze paszporty i puścili dalej. Ale na Borata patrzyli długo, w sumie wyglądał jak drag-dealer, jeszcze w tej czapie, więc się nie dziwiliśmy, nawet sam się z tego śmiał. Oczywiście spotkaliśmy jeszcze 10 naszych niebieskich, ale już nie mieliby gdzie usiąść. Jechaliśmy mega wygodną i zadbaną Beemką. Z nimi jechaliśmy ze 3,5 godziny. Zaczęło się robić baaardzo upalnie. Ku naszemu zaskoczeniu sami zaproponowali nam podwózkę pod nasz kemping. Mieli jechać 20 minut krócej, ale chcieli zrobić dobry uczynek i nas podrzucili. Powiedzieli że mamy podziękować Bogu. To było niesamowicie miłe. Nie wiem jak byśmy dotarli, tam nic nie jeździło. Praktycznie co druga para jechała z Salonik autokarem za 17 Oiro. Nas to na szczęście ominęło. Dotarliśmy w środku dnia! Trzy i pół dnia w warunkach polowych
 

 DOTARLIŚMY JAKO 195 PARA 

NASZ CZAS: 80 H 24 MIN

DŁUGOŚĆ TRASY OK ~ 2100 KM

ILOŚĆ STOPÓW: 15

 
Czekała na nas prywatna plaża. Niestety Morze Egejskie było zimniejsze niż Bałtyk.
 
Takie czekały na nas widoczki.
 
Dwie dziewczyny, które wygrały rejs ja mazurskim jahcie dotarły w 28 godzin. Nie wiem jak to zrobiły, ale musiały mieć dużo szczęścia!
 
 
 

Na terenie kempingu podczas 24 godzinnej na dobę imprezy zdarzyło się kilka wypadków. Np. ktoś inteligentny wskoczył do brodzika. Nie mogło się to skończyć dobrze. Ktoś złamał nogę albo rękę itp. Na ich nieszczęście ubezpieczenie nie obejmuje osób pod wpływem alkoholu. Mało kto miał tą świadomość. Dla niektórych to był dosyć drogi wyjazd.
 
W dniu finału były koncert muzyki Reagge i Braci FF oraz długo wyczekiwany festiwal kolorów.
 
Na kempingu było dużo atrakcji, m.i. kort tenisowy. Niestety nie dało się grać dłużej niż 20 minut, bo wszystko spływało po nas.
 
Nieopodal była trasa na górkę. Grzechem byłoby nie wspiąć się kilkanaście metrów wyżej.
 
 
Nocleg mieliśmy zarezerwowany w camperze po uprzejmości organizacji BIT. Szczerze mówiąc mnóstwo osób mówiło, że marzli pod namiotem, dlatego myślę, że lepiej nam się nie mogło trafić.
 
 
FULL WYPA$ z chłopakami.
 
Niestety nie zawsze było tak różowo. Już drugiego dnia brakowało napojów wyskokowych. Ogólnie na miejscu był sklepik, ale dostawy nie były logistycznie przemyślane. Ja rozumiem, że tam trudno jest się dostać i trwa to koło 3 godzin od Salonik, ale przyjechało na kemping około 1000 polskich studentów. Przerosło to greckie oczekiwania chyba. Na szczęście jakoś przetrwaliśmy!
Wino 1,5 l w tym sklepie kosztowało koło 4 Euro. Natomiast w Carrefourze kilka-kilkanaście kilometrów dalej – 2 Euro. Jednak stracilibyśmy pół dnia żeby pojechać/pójść i wrócić. To po prostu się nie opłacało.
 
Wyżej wspomniane chipsy z wołowiny.
 
Pozdrawiam Asię, Maćka i Michała.
 
W okolicy nie było zbytnio czego zwiedzać ponieważ był to półwysep a my na jego końcuszku. Musieliśmy zadowolić się otaczającą naturą. W sumie nie wyobrażałam sobie tak tego miejsca. Myślałam że zobaczę więcej Grecji. Ale żeby to się wydarzyło, muszę pojechać do miasta.
Na obiad poszliśmy do Taverna Zorbas. Na danie czekaliśmy koło 45 minut. Mieli bardzo duży ruch. Nic dziwnego, bo połowa kempingu poszła się najeść właśnie tu. Kelnerzy strasznie narzekali. Grecy jak na każdym kroku można zauważyć, lubią nic nie robić. W cale im się nie dziwie. Jakby w Polsce było codziennie po 30-35 stopni, to byłoby myślę podobnie. Staraliśmy się zamawiać typowo greckie, albo przynajmniej śródziemnomorskie dania. Sałatka grecka, cezar, tzatzyki, rybki, owoce morza, cukinię i też nie mogło odbyć się bez frytek z sosem czosnkowym.
 
Yummi!
 
VIVA LA PLAYA!
 
Kupiliśmy specyficzną w smaku anyżówkę u jednego Greka, który zachęcił nas taką reklamą.
 
Cytryny.
 
Cezary i pyszna sałatka Cezara.
 
Strasznie się cieszę, że mogłam pojechać na tego stopa. Była świetna pogoda na odpoczynek i opalanie. Niestety nie udało nam się pojechać na wycieczkę do Salonik, ponieważ zaspaliśmy. Stwierdziliśmy też, że zanim tam dotrzemy to miną 3 godziny i z powrotem to już 6 i mało co zwiedzimy. Trzeba będzie kiedyś po prostu się wybrać na osobną wycieczkę do Grecji. Chciałabym polecić wszystkim, którzy z różnych powodów nie jechali nigdy na stopa. Warto! Auto Stop Race jest świetny na początek. Zdałam sobie sprawę, że podróżowanie faktycznie może być tanie!

One Comment

  1. Pingback: 7 PORAD NIEZBĘDNYCH NA AUTOSTOPRACE 2017 – Kate Traveller – Blog o tematyce podróżniczej

Dodaj komentarz